przemyślenia Rodzicielstwo

Dzieci pod linijkę

Idź normalnie, uspokój się, jak ty się zachowujesz, przestań marudzić.

Każdego dnia jeżdżąc po moim mieście spotykam dziesiątki dzieci i słyszę dziesiątki takich haseł, słów wypowiadanych przez rodzica lub opiekuna. Do dziecka które przeskakuje po białych pasach na przejściu dla pieszych, które śmieję się albo głośno chce o czymś ważnym powiedzieć. Do dziecka które próbuje zrobić coś po swojemu lub nie potrafi poradzić sobie z sytuacją. Widzę dzieci walczące o uwagę rodzica, zagadaną mamę, którą dziecko po raz dziesiąty ciągnie za nogę a matka strząsa go jak natrętną muchę, dziecko ciągnięte do domu za rękę zamiast wspólnego powrotu. Albo takie jadące autobusem, które zadaje pytania o świat za oknem i mamę która patrzy w telefon i chyba nawet tych pytań nie słyszy. Dzieci marudzące płaczliwe jękliwe, które są głodne albo zmęczone i nie potrafią sobie z tym wewnętrznym problemem poradzić a ich zachowanie odbierane jest jako „niegrzeczność”. Te dzieci, które potrzebują pomocy a nie rzucanych haseł.

Buntuję się przeciwko wychowywaniu dzieci, wychowywaniu które oznacza narzucanie konkretnych zachowań odpowiadających nam (czyli dorosłym), karceniu za reakcje dla nas nieakceptowane (zapewne niezrozumiałe). Buntuje się przeciwko narzucaniu na dziecko ograniczeń ustalonych w świecie, którego dziecko ani nie rozumie ani nie potrafi mu sprostać. Bo wymaganie ciszy, samodzielnej zabawy od kilkulatka czy cierpliwego czekania przez 15 minut aż znajdę czas jest wymaganiem nierealnym. Wychowanie do grzeczności, kolejny spadek przekazany nam przez poprzednie pokolenia, z którego nie możemy uwolnić naszego rodzicielstwa.

A może zacznijmy krzyczeć głośno na siebie, że nie powinniśmy naszych dzieci wychowywać, że dużo lepiej jeśli będziemy je wspierać, towarzyszyć i dawać wybór. Uczyć ich, że nie tylko my znamy się na wszystkim, nie tłumiąc tego co naturalne dziecięce w imię ustalonych zasad. Dlaczego nie zmienić wspólnych rozmów o tym jak trudno jest z nimi na takie o dziecięcym sposobie patrzenia na świat, w którym jeśli coś dzieję się teraz to upust emocjom trzeba dać od razu, powiedzieć komuś, wykrzyczeć czy wyśmiać się. I niech tak robią, o ile pewniejsi siebie i swoich uczuć dorośli z takich dzieci wyrosną.

Niestety króluje przekonanie, że dziecko ma być ale nie za bardzo wymagające. Że jeśli pozwolę kilkulatkowi na „złe” zachowanie to on już zawsze taki będzie, że normy ustala dorosły a dziecko ma je akceptować. Wychowywanie łączymy jedynie z nakłonieniem dziecka do zachowania zgodnie z poleceniem, oczekujemy kontrolowania swoich emocji i zachowań. Zapominamy w tym wszystkim, że układ nerwowy i dojrzałość emocjonalna dziecka rozwija się wraz z jego wzrostem. I nie nasze kary i zwracanie uwagi, a jego dojrzałość jest odpowiedzialna za bardziej wyciszone reakcje i lepsze odnajdywanie się w różnych sytuacjach. Za kilka lat ten mały człowiek nie będzie skakał z radości na widok prezentu albo tupał ze złości kiedy czegoś nie będzie mógł dostać od razu. Ale nie zbudujemy tego upominając zwracając uwagę czy karcąc, to przyjdzie samo, my możemy zbudować zaufanie i bliskość okazując zrozumienie i pomoc w kolejnych etapach rozwoju dziecka. Ciągle mam wrażenie, że najbardziej w tym wszystkim brakuje zrozumienia.

Kiedy rodzi się dziecko już prawie jednogłośnie zgadzamy się że każde, tak jak i dorosły, jest inne. Wiemy, że różnią się charakterem usposobieniem i wrażliwością. Tylko dlaczego wpadamy później w ten wir narzucania norm, rozwoju tylko pożądanych cech, dobrego wrażenia wśród innych i każde dziecko chcemy włożyć w te same ramy. Wyrównując zachowania dzieci do przyjętych standardów, do opinii sąsiadki babci czy koleżanki, zyskujemy spokojne ułożone dziecko, które jednak tak wiele rzeczy musiało nauczyć się tłumić w sobie już  w wieku kilku lat. Powielając stare schematy obcinamy naszym dzieciom skrzydła, ograniczamy ich beztroskie spojrzenia na świat i samodzielne reakcje na rzeczywistość. Czy takie dziecko potrafi patrzeć na rodzinę jak na miejsce gdzie liczy się szczera rozmowa czy tylko rozmowa zgodna z ustalonymi zasadami?

Piszę ten tekst z perspektywy osoby, która doskonale zdaje sobie sprawę, jak wiele osób z otoczenia i rodziny twierdzi, że moje dzieci są niegrzeczne. Wiele razy, a teraz w szkole szczególnie, spotykam się z politowaniem w oczach innych rodziców, spojrzeniem spod byka, kiedy zamiast upomnieć moje dziecko czy ukarać ja staram się po prostu rozmawiać. Niestety widzę też irytację entuzjazmem mojego dziecka, radością na widok spotkanej koleżanki z klasy, a często nawet chęć odsunięcia się od mojego dziecka bo jeszcze moje się tak nauczy. Idąc na szkolne zebranie wiem, że kolejny raz narażę się grupie rodziców brakiem poparcia dla dodatkowych kar dla dzieci, bo nie zgadzam się na zrobienie czegoś co dzieci ” bardziej zaboli” niż ujemne punkty czy kary w domu. Ja idę do nauczycielki i jeśli jest problem proszę o wparcie i zrozumienie a nie karanie i poniżanie.

Ale na szczęście spotykam tez mnóstwo ludzi, którzy wyrwali się z tego schematu wychowania i tak jak ja w dziecku widza osobę do dialogu i współpracy a nie nieustannych wymagań i dopasowań. Jest ich coraz więcej a dzięki nim coraz więcej dzieci swobodnych otwartych i poza schematami.

I tak szczerze, czasem mam milion wątpliwości. Nie stawiam się w roli osoby oceniającej i nieomylnej bo sama rzucę nie raz hasło o niegrzeczności. Ale tak jak czasem pytam się sama siebie czy dobrze robię kiedy dopadnie nas kryzys emocji, zmęczenia, frustracji i wychodzi z tego burza złości i nerwów, tak pytam czy nie lepiej uwolnić nasze dzieci od sztywnych ram grzecznego zachowania. I czasem jest mi po prostu smutno kiedy widzę dziecko, do którego ktoś tak mówi.

Na co dzień kiedy patrzę na moje dzieci, które zachowują się podobno nieodpowiednio, najpierw zastanawiam się dlaczego. Co chcą mi powiedzieć takim zachowaniem albo jakie uczucia wypełniają ich umysł, że aż tak gwałtownie reagują. Nie jestem idealna i często ich zachowanie denerwuje mnie lub doprowadza do szału ale staram się pamiętać, że one nie robią mi tego na złość, to reakcja dziecięcego organizmu na jakiś czynnik. Naprawdę łatwiej odnaleźć w sobie spokój i cierpliwość do małego człowieka, kiedy w głowie tkwi zdanie  „Ono nie robi tego specjalnie, ono z czymś sobie nie radzi i potrzebuje pomocy”. W trudnych momentach moja córka przychodzi do nas i o wszystkim chce powiedzieć, szukając zrozumienia i wsparcia.  Stres odreagowuje w domu, bo jest pewna akceptacji i zrozumienia. Z perspektywy widza, łatwo ocenić wtedy że to przy nas zachowuję się najgorzej, a ja cieszę się, że odreagować nie poszła gdzie indziej. Jako kontrargument do wszystkich społecznych ocen wystarczy mi to jaka jest więź między nami a dziećmi i to jest najlepsza motywacja, żeby nie zacząć równać ich zachowań do linijki norm społecznie akceptowanych.

Related Posts

No Comments

Leave a Reply

Close