Dzieci Rodzicielstwo

Rzeczywistośc szpitalna czyli wrażenia po naszym krótkim pobycie na oddziale

 

Przez ostanie lata zdążyłam już zapomnieć jak wygląda życie na oddziale szpitalnym.
Kiedy byłyśmy z Julianna częstymi gośćmi na oddziale niemowlęcym, później dziecięcym miałyśmy już system działania w czasie pobytu. Ostatnie z takich wizyt były już nawet mniej uciążliwe z racji różnorodności zajęć którymi mogłam zająć dziecko po możliwość włączenia na laptopie bajek i odetchnięcia choć na moment.

Dziś naprawdę nie wiem jak przetrwałam te wszystkie dni tam spędzone bo kiedy trafiłam na oddział z Aleksandrem czułam że nie dam rady wytrwać tam ani chwili. I jeśli jeszcze początek był znośny bo pusta cicha i chłodna sala o 3 nad ranem dawała nadzieję tak poranek bardzo szybko ją rozwiał. Wystarczyło jedno zdanie
Musimy dziecko przenieść do sali z innymi dziećmi, w tej osobnej położymy dziećmi z rota wirusem..
Rota wirus – słowo które powoduje zimne poty i najczęściej przedłuża pobyty na oddziale o kolejny tydzień….

Szpitalna rzeczywistość to jak zatrzymanie czasu na chwilę, zaczynasz skupiać się na sprawach o których do tej pory rzadko myślałaś. Tak mocno odczułam te dni w kategorii pobytu w innym świecie że postanowiłam podzielić się z Wami moimi wrażeniami

Szpitalny czas..  który stoi w miejscu. Na co dzień od 8 do 12 czas ucieka mi nie wiadomo kiedy tam o 13:00 patrzyłam z niedowierzaniem na zegarek bo czułam się już jak po całym długim dniu.
Rano odliczasz minuty do obchodu bo wtedy przynajmniej coś się dzieję, później do drzemek dziecka, bo samo zabawianie roczniaka w łóżeczku czy na rękach przez kilka godzin dziennie jest żmudną pracą. On marzy o chodzeniu bieganiu i raczkowaniu a Ty wiesz że nie możesz go wypuścić na podłogę żeby poszalał. To nie ta kategoria bakterii jak w domu. Tu każde spotkanie z czymś może skończyć kolejną infekcją a kolejna infekcja przedłuża pobyt. Czytasz więc książki już na sto różnych sposobów, samochód pluszaka czy inną zabawka wcieliłaś w dziesiątki ról a okno jest źródłem inspiracji do wymyślania dwudziestej już dziś historii. Po kilku godzinach wymiękasz psychicznie do wieczora jeszcze daleko on nudzi się i walczy żeby go wypuścić. Upragnioną drzemkę przerywa pielęgniarka lekarz albo płacz innego maluszka.. Dochodzisz do granicy zmęczenia..

Świeże powietrze.. Które w rzeczywistości szpitalnej zdaje się zabijać.
Tkwicie w 8 na tej małej sali na której jest duszno i powietrze ze świeżością nie ma już nic wspólnego ale okna otworzyć, ba nawet uchylić nie można. Nie ogarniam jakim cudem przebywanie w sali gdzie wirusy czwórki dzieci mieszają się ze sobą kręcą i namnażają jest wg rodziców lepsze dla zdrowia dzieci niż uchylenie lekko okna na wysokości 3 metrów nad podłogą i delikatne wietrzenie sali. Skąd przekonanie że przy chorych dzieciach okna się nie otwiera.
Czy to ważne jak małe jest dziecko? Czy tym dzieciom do zdrowia naprawdę potrzebny jest duszny koktajl wirusowo bakteryjny czy może jednak oddech chłodniejszego świeższego powietrza.
Myślałam, że tego nie przetrwamy przyzwyczajeni że mamy okno otwarte praktycznie cały rok. W trakcie choroby praktycznie nie zamykamy okien żeby pozbyć się wirusów. Aleksander przebywa od pierwszych dni życia w mieszkaniu przy otwartych oknach. Czuliśmy się tam jak bez powietrza.
Paranoje potęgował fakt, że mamy z dziećmi narzekały że gorąco i duszno jednocześnie otulając trzymiesięczne dzieci w śpiworki a na moje propozycje uchylenia okna reagowały paniką ewentualnie zgodą na 5 minutowe wietrzeni jak one wyjdą z sali. Zabierały te swoje maluszki na korytarz zawijając w trzy kocyki, same wychodząc w krótkim rękawie a my we dwójkę zostawaliśmy w sali nakładają jedynie dodatkową bluzę. Jesteśmy kosmitami

Wojna podjazdowa na korytarzu. W tym wypadku nie mówię o kolejnej wojnie z rodzicami czy personelem. To raczej walka z przeciwnikiem który ma niesamowitą przewagę nad nami,  jest niewidoczny. Bakterie, wirusy, szpitalnie zmutowane zarazki. Odczułam to tak mocno ze względu na niewielką infekcję jaką miał Olek a która spowodowała problem z oddychaniem. Musieliśmy trochę odleżeć unormować pracę układu oddechowego i wracać do domu. Trochę poleżeć oznaczało kontakt z tymi wszystkimi drobnoustrojami a ja żeby zminimalizować ryzyko złapania kolejnych przyjemności rozpoczęłam wojnę podjazdową. Już samo wyjście z sali na korytarz gdzie czekała na nas kolejna mieszanka było ryzykowne, dlatego zgodnie  z dobrymi radami ordynatorki która chciała nas szybko wypuścić siedzieliśmy w sali. Czasem jednak musiałam z niej wyjść, choćby do toalety czy kuchni. W mojej głowie były one potencjalnym zagrożeniem. Do głowy przychodziły mi myśli typu jak przemknąć nie oddychając, może kupić maseczkę albo załatwić sobie na wyjscie z sali fartuch 🙂
Ograniczyłam  się jedynie do nagminnego mycia rąk z dezynfekcją po każdym wyjściu na teren wroga i do jak najkrótszego przebywania poza salą. Tu znowu pojawiła się jedna z paranoi rodziców którzy to w kuchni okno otwarte trzymali non stop, wietrzyli miejsce do którego znosili zarazki swoich dzieci a w salach to samo powietrze zagrażało życiu ..:/ Kuchnia to było najprzyjemniejsze miejsce w szpitalu. Być może trochę popadłam w tym temacie w paranoje ale jeśli miałam ryzykować 2 dni w szpitalu i szybki powrót do domu dla spacerowania po korytarzu wolałam nawet przesadnie unikać kontaktu z innymi chorymi.

Smutne dzieci. Wiadomo ciężko oczekiwać radości na oddziale szpitalnym, choć ona tam jest bo małe organizmy jak tylko odrobinę się podleczą nabierają nowej energii z którą nie wiadomo co zrobić. Nie był to też oddział gdzie pacjenci cierpieli na naprawdę ciężkie choroby. Smutne dzieci to dzieci których rodzice nie poświęcają im czasu. I nie jest to temat który dotyczy szpitala ale ja spotkałam się właśnie w szpitalu z tym problemem tak blisko
Pamiętam jak kiedyś moja znajoma cieszyła się że Jej córka leży w szpitalu na badaniach co było dla mnie dość dziwne. Cieszyła się bo miały dużo wolnego czasu, ona wolne w pracy i całe dnie mogła spędzić z dzieckiem. Siedziały razem czytały rysowały kolorowały rozmawiały i przytulały się. Pomimo trudnych badań ten czas był dla nich fajny.
I teraz ja jestem w sali z dwuletnią dziewczynką i jej rodzicem. Dziewczynka cały dzień spędza w łóżeczku, poza posiłkami i naprawdę krótkimi chwilami na rękach może 30 mint na cały dzień ona siedzi w łóżeczku. Co dziwne ona się wcale nie buntuje raz na jakiś czas próbuje zwrócić uwagę rodzica ale szybko się poddaje. Z tą dziewczynką nikt się nie bawi, opiekun wrzucił do środka zabawki niekapek z sokiem i siedzi obok z komórką albo..śpi, czasami coś tam z nią porozmawia. Dziewczynka sama zasypia czasami wydaje mi się z nudów, siedzie patrzy się na rodzica albo na nas, ma chwile kiedy zaczyna płakać lub coś wymyślać ale rodzic ja za to karci.
Wyobrażacie sobie dwulatka który kilka dni prawie nie wychodzi z łóżeczka, siedzi w nim i patrzy się przed siebie albo leży i pije sok. Sam zasypia budzi się zabawia. Pomimo, że dziecko wydawało się bardzo grzeczne było bardzo smutne.
Radosnym uśmiechniętym dzieckiem dziewczynka była kiedy odwiedzała ją babcia i po prostu poświęcała jej czas..

Szpitalny wypis bardzo cieszy człowieka..

Related Posts

4 komentarze

  • Reply
    lavinka
    25 października 2015 at 20:59

    U mnie w szpitalu można wykupić izolatkę, często nawet posiadającą łóżko dla rodzica. 20zł za dobę i człowiek jest wolny.

    • Reply
      mój mały świat
      27 października 2015 at 13:45

      No niestety w dużym mieście w którym mieszkam taka możliwość chyba nieistnieje. A biorąc pod uwagę ciągle pełne oddziały dziecięce we wszystkich pediatrycznych szpitalach wcale się nie dziwię. Jestem za to wdzięczna lekarzom za to ze grupy ja dzieci na salach wg podobnych infekcji. I pilnują rodziców w salach bo niektórzy rodzice lubią spacerować po korytarzac. Zmniejszają dzięki temu ryzyko zarażenia się nowymi chorobami

  • Reply
    Sylwia
    26 października 2015 at 18:12

    Brrrr, aż ciarki mam na plecach. Mam nadzieję, że ze swoim synkiem w szpitalu będę tylko przed 2 dni, kiedy go urodzę. A Wam też życzę dużo zdrówka, aby nie było już leżenia w szpitalu!

    • Reply
      mój mały świat
      27 października 2015 at 13:47

      Na szczęście nie mogę narzekać na to co najważniejsze czyli opiekę lekarską i sposób traktowania dziecka. Z szacunkiem i życzliwością

    Leave a Reply

    Close